piątek, 7 lipca 2017

Dwa lata w Laosie

Właśnie minęły dwa lata od naszego przyjazdu do Laosu. Gdzieś na przełomie roku zauważyłam, że przeszła mi już pierwsza ekscytacja życiem w nowym i egzotycznym kraju. Wszystko stało się takie bardziej zwyczajne, ot życie codzienne. To sprawia, że znajduję coraz mniej interesujących (z mojego punktu widzenia) tematów do pisania tutaj, przecież nie będę pisała pamiętników ;)

Kiedy czytam moje pierwsze wpisy na blogu dziwi mnie o jakich zwykłych i codziennych rzeczach pisałam. Z mojej obecnej perspektywy to nic ciekawego... Tak się właśnie zmienia punkt widzenia. Trochę to smutne jak sobie pomyślę, że egzotyczne wakacje i wyjazdy straciły dla nas swą czarodziejską moc i mam nadzieję, że jak pomieszkamy znowu w Polsce to odzyskamy ten pierwotny entuzjazm. Oczywiście wciąż jesteśmy żądni nowości i poznawania, ale patrzymy na te rejony świata już trochę inaczej. Tropikalne słońce grzeje prawie codziennie, palmy kokosowe kołyszą się nam nad głowami, bananowce rosną przy drogach, słodkie soczyste mango kupujemy na targu koło domu a kolorowe egzotyczne kwiaty codziennie witają nas w ogrodzie. Doceniamy to i cieszymy się tym wciąż, ale codzienność sprawia, że człowiek przestaje się tak na 100% zachwycać... Nie wiem czy to co piszę ma jakiś sens..?

Mieszkając tu zmienia nam się perspektywa patrzenia na wiele spraw, żyje się tu o wiele wolniej i spokojniej niż na dzikim zachodzie ;) Od Laotańczyków uczymy się filozofii "bor peng nyang" czyli "nic się nie stało"... Klimat tu nie sprzyja nerwom i gwałtownym ruchom, za gorąco...

Oczywiście dużo jeszcze przed nami do odkrycia, Laos oferuje wiele atrakcji,  których mam nadzieję uda nam się doświadczyć.

Krowy na środku ruchliwej ulicy w stolicy kraju to też swego rodzaju atrakcja, no nie..?

Buddyjskie świątynie i mnisi wtapiają się w codzienność.


Drzwi często pełnią funkcje ozdobne. Dziewczyny też.. ;)


Banany w kawiarni dyndają nad stolikiem.

A tak kwitną nam w ogrodzie.

Niedawno odkryłam mango gigant, to po lewej, w porównaniu do zwykłego po prawej. Jakaś inna odmiana, nie tak soczysta ale równie słodka.

Laotański ogród to marzenie...


Ogrodowe limonki Kaffir (papeda). Ich liście są najlepsze do smażenia jako dodatek do mięs, oraz jako dodatek do green curry.


Młode pędy bambusa po obraniu ze skórki i godzinnym gotowaniu to przysmak.




Rejs po Mekongu takim statkiem to jedna z atrakcji Laosu.

Tak jak obiad w pływającej chatce.





Podsumowując, były to oczywiście bardzo ciekawe dwa lata, niezapomniane doświadczenie dla nas, dla Oli pewnie też, Misia nie wiadomo ile z tej całej eskapady zapamięta, to pewnie zależy od tego jak długo tu jeszcze zostaniemy.
Dzieci się trochę zestarzały, ale my wciąż piękni i młodzi czekamy co na to, co przyniesie przyszłość ;))




czwartek, 29 czerwca 2017

Pierwsze urodzinki po laotańsku

Zostaliśmy zaproszeni na pierwsze urodziny córeczki laotańskiej pary, na ślubie której byliśmy półtora roku temu. Okazuje się, że w Laosie urodziny dziecka bez względu na wiek, czy to osiemnastka czy to jedyneczka, obchodzone są równie hucznie. Zapraszana jest cała rodzina oraz bliżsi i dalsi znajomi rodziców i znajomi znajomych... których warto zaprosić oczywiście ;)

Gwiazda wieczoru - Nanda z mamą. Białe sznureczki zawiązane na nadgarstkach symbolizują dobre duchy i powodzenie w życiu.



Zamiast tortu - babeczki.


Ścianka musi być ;))


Przed domem zadaszone miejsce na imprezę dla dorosłych.


Muzyka na żywo i piwo - absolutny wymóg dobrej imprezy po laotańsku.


Ach te słodkie babeczki. Nie można się im oprzeć.. ;)



Było słodko... Niektórzy przedawkowali z cukrem ;)

niedziela, 11 czerwca 2017

Koniec roku szkolnego

W Laosie dzieci mają trzy miesiące wakacji, a nawet więcej bo Ola egzaminy zdała już w połowie maja i od tego czasu ma luz. Najpierw więc regenerowała siły po ciężkim semestrze nauki, a potem wróciła do wolontariatu w zaprzyjaźnionej klinice weterynaryjnej. W tym roku ma więcej zajęć w terenie, takich jak szczepienie bezpańskich psów i kotów mieszkających przy świątyniach czy też... kastracja knurów w podmiejskich zagrodach ;) O asystowaniu przy sterylizacji kotek w klinice już nie wspomnę. Brzmi strasznie? Na niej to nie robi najmniejszego wrażenia.



Ola z pracownikami Animal Doctors i studentami weterynarii, którzy brali udział w akcji szczepienia bezpańskich zwierząt.




Natomiast nasza młodsza studentka zaliczyła również z powodzeniem drugi rok przedszkola, robiąc wielkie postępy w nauce języka angielskiego i komunikuje się już z otoczeniem w tym języku. Jak jesteśmy w towarzystwie anglojęzycznym to Misia naturalnie przechodzi też na angielski nawet w rozmowie z nami, brzmi to zabawnie :) Generalnie lubi chodzić do przedszkola i uwielbia swego nauczyciela prowadzącego, co jest o tyle ciekawe, że na początku bała się go i płakała na widok jego śmiesznych min.




Na uroczystości zakończenia roku szkolnego, podczas występów Misia miała swoje pięć minut z mikrofonem, dziękując za występ grupie trzeciej  - "thank you casa 3, what a wonderful performance". Potem cała grupa 2 odśpiewała piosenkę "You are my sunshine".





A po szkole trzeba się trochę zrelaksować, najlepiej pod wodą.









Albo nad wodą, na plaży nad Mekongiem ;)