Na początku listopada przyleciała do nas w odwiedziny babcia Ela. Tym razem to ja poleciałam do Bangkoku po Mamę, a że miałyśmy sporo czasu pomiędzy lotami, pojechałyśmy w odwiedziny do Jima Thompsona (opisałam to miejsce na blogu w poście "Bangkok dzień II" z 10/2016).
Najpierw coś na ząb.
A potem zwiedzanie domu i ogrodu.
Wieczorem dotarłyśmy do Vientiane. Synek czekał na lotnisku :)
A potem wciągnęło nas życie codzienne.
Co drugi dzień rano chodziłyśmy na siłownie i basen w fitness klubie mieszczącym się na ostatnim piętrze hotelu Rashmi Plaza.
Potem obowiązkowo lunch w którymś z naszych ulubionych miejsc.
A wieczorem życie towarzyskie.
Weekendy były basenowe.
W imieniny Elżbiety.
Jednego wieczora Misia zabrała Babcię na koncert współorganizowany przez szkołę na rzecz pomocy poszkodowanym w niedawnej katastrofie tamy na południu Laosu w prowincji Attapeu. Dzieciaki ubrane były w regionalne stroje różnych laotańskich grup etnicznych.
Aż nadszedł grudzień i smutny dzień rozstania...
Ale zanim Babcia wyleci, możemy się jeszcze cofnąć wspomnieniami do weekendu nad jeziorem Nam Ngum... :)
piątek, 7 grudnia 2018
czwartek, 22 listopada 2018
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Ola zadebiutowała jako modelka. Przez znajomych dostała propozycję wzięcia udziału w pokazie laotańskiej biżuterii ze złota i brylantów. Po jednej próbie była gotowa, wyssała to z mlekiem matki ;)
Pokaz był częścią większej imprezy, brylanty były motywem przewodnim.
A potem na wybieg wkroczyła nasza gwiazda, w czerwieni i złocie :)
Pełen profesjonalizm :)
Moje maleństwo...
środa, 21 listopada 2018
Halloween 2018
Nadszedł długo wyczekiwany przez Misię Halloween. W końcu doczekała się prawdziwej, wieczornej imprezy organizowanej przez szkołę.
W programie był nawiedzony dom (atrakcja numer 1 z dłuuugą kolejką do wejścia ;)) i występy taneczne uczniów na scenie. Na dodatek wydarzenie to odbywało się w kampusie szkoły średniej, u Oli, więc Misia była tym bardziej podekscytowana taką "dorosłą" imprezą.
My, trochę mniej podekscytowani poszliśmy też, nie mogliśmy przecież zostawić Miśki samej na pastwę tych wszystkich strachów.. ;)
Czyż nie wyglądamy upiornie..?
Nawiedzony dom był przygotowanym i obsługiwanym przez uczniów labiryntem strachu, tu ktoś wrzasnął znienacka, tam ktoś złapał za rękę zza ściany, straszne twarze wyłaniały się z mroku a bujany fotel w pokoju sam się bujał...
Misia przeszła całość... z zamkniętymi oczami :))) Ale było fajnie!
A potem już tylko same przyjemności. Zestrzeliłam Misi sowę na strzelnicy, zakupiliśmy chrupki w ciekłym azocie i zasiedliśmy na widowni w oczekiwaniu na występy, w tym występ Oli z grupą.
Puszczamy dymka ;)
Ola i jej grupka taneczna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































































