środa, 14 grudnia 2016

Przedświąteczny Bangkok

Bangkok przed Świętami mieni się i świeci wieczorami jak większość chyba miast na świecie. W tym roku może trochę mniej z powodu trwającej wciąż żałoby po królu ale nastrój przedświąteczny jest wyczuwalny na ulicach. A przede wszystkim w centrach handlowych... ;)





Oczywisty tu brak śniegu i mrozu rekompensowany jest zimowymi instalacjami, czasem ładnymi...

 a czasem trochę dziwnie wyglądającymi...

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, zadziwił nas kreatywnymi pomysłami na choinkę :)

Z drewnianych klocków,

papierowych róż,

złożonych kartek,

i odpowiednio ułożonych magazynów.

Wieczorem nabraliśmy chęci na befsztyczek i po krótkich poszukiwaniach w necie zdecydowaliśmy się na Restaurację Artur. Łukaszowi gdzieś mignęło polskie nazwisko w opisie i postanowiliśmy to sprawdzić. Okazało się, że właścicielem restauracji faktycznie jest Polak, pan Artur Kluczewski, który lata temu wyjechał z Polski i z przystankiem w Paryżu dotarł do Bangkoku. Uroczy gaduła, człowiek oddany swej pracy w 100%, co wieczór jest w restauracji, wita gości, kroi steki a nas rodaków zabawiał opowieściami ze swego barwnego życia. Zweryfikował też od razu nasze zamówienie, to odmówił, tamto domówił, zarządzał nami jak chciał. Efekty przeszły nasze oczekiwania, stek z australijskiej polędwicy rozpływał się w ustach, przystawki i dodatki były wyśmienite. Gościnny po polsku, co rusz serwował nam coś dodatkowego do degustacji, na pożegnalnym drinku kończąc. To był przemiły wieczór, polecamy Artur Restaurant na klimatyczną i niespieszną kolację w Bangkoku.


Jako że, nie przez przypadek, hotel mieliśmy bardzo blisko mojego ulubionego miejsca w Bangkoku, domu Jima Thompsona, wybraliśmy się tam znów, żeby nacieszyć oczy tym wyjątkowym zakątkiem. Droga z hotelu do JT powiodła nas wąską dróżką wzdłuż kanału, po którym pływają  tramwaje wodne. W ten sposób odkryliśmy inne oblicze miasta, trochę wiejskie, wyciszone i spokojne. Małe stare chatynki stające tuż nad wodą, pełne kwiatów i roślin w donicach frontowych "ogródków", gdzieniegdzie mini knajpeczki z pysznie pachnącym, na miejscu przyrządzanym jedzonkiem. Inny, stary świat zachowany cudem w centrum metropolii, napierającej zresztą wieżowcami z każdej strony...








U Jima Thompsona mieliśmy okazję zobaczyć, jak tradycyjną metodą z kokonów jedwabników przędzona jest jedwabna nić. Kokony w wodzie są podgrzewane w metalowym tygielku, chwyta się końcówki przędzy i wyciąga, skręcając w jedną mocną nić.



Same kokony wyglądają ozdobnie i mają różne zastosowanie, w hotelu zauważyłam zrobione z nich lampy.



A potem już tylko napawaliśmy się zielonym otoczeniem...







czwartek, 8 grudnia 2016

Jak zostałam murarką w Laosie

Jak to zwykle w życiu bywa, każda akcja ma swoją reakcję. Ktoś z naszych gości zobaczył moje obrazy, opowiedział o nich komuś innemu i tak od słowa do słowa zarząd przedszkola Misi zaproponował mi namalowanie muralu na przedszkolnym murze. Na początek na jego części, na zewnątrz i w środku. Z początku byłam przerażona, nie mam żadnego doświadczenia w muralach ale po namyśle stwierdziłam, że może nigdy mi się już nie przytrafi sytuacja, gdy ktoś udostępni mi kawałek ściany do zamalowania w przestrzeni publicznej i podjęłam wyzwanie ;)


Wymóg był tylko jeden, malunek ma przedstawiać naturę Laosu, żadnych postaci z kreskówek czy innych abstrakcji. Bardzo mi to odpowiadało, bo dokładnie taka jest tematyka większości moich obrazów. Po zakupieniu paru wiaderek farb do malowania ścian zewnętrznych domów (nic innego poza sprayem tu nie znalazłam) i odczekaniu, aż pora deszczowa definitywnie się zakończy zabrałam się do dzieła.




Rano idziemy z Misią razem do przedszkola, ona do środka, ja zostaję na zewnątrz, rozkładam swoje zabawki i maluję sobie do południa, aż piekące słońce wygania mnie na lunch.



Niniejszym prezentuję mural numer jeden - rodzinka słoni zmierzająca do przedszkola.






Jeszcze duuużo pracy przede mną..  :)



środa, 30 listopada 2016

Listopad miesiącem przeprowadzek

Tak jak dokładnie rok temu, przeprowadziliśmy się znów pod koniec listopada. Zmieniliśmy biuro na dom prywatny, a dokładnie klimatyczną, niewielką Lao style villa, stojącą prawie vis a vis przedszkola Misi. Dom spodobał się nam wszystkim od pierwszej chwili, schowany głęboko w tajemniczym ogrodzie jest prawie niewidoczny z ulicy. Wiele razy przejeżdżając obok zastanawiałam się jak wygląda, no i teraz już wiem ;)



Zgodnie z tutejszym tradycyjnym stylem dom stoi częściowo na słupach, w tym wypadku murowanych, przestrzeń mieszkalna jest drewniana i mieści się cała na poziomie pierwszego piętra. Koniec ciągłego ganiania po schodach ;) W podcieniach znajdują się pomieszczenia gospodarcze i stoi... wielki stary świątynny bęben. Misia uwielbia w niego bębnić.




Na fasadzie od frontu znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca babcię i dziadka obecnego właściciela. Przy budowie domu wykorzystano stare drewniane pale z rozbieranej świątyni, z bardzo twardego drewna. Są teraz ozdobą i podporą domu.


Dom jest otoczony z trzech stron tarasem i balkonami, ma wiele drzwi na zewnątrz, przejść i wejść, dziewczyny mają gdzie bawić się w chowanego.









W środku niewielki living, kuchnia, trzy sypialnie, dwie łazienki. Jakoś się pomieścimy ;)