piątek, 11 września 2015

Uwaga! Skutery atakują!


To będzie wpis na temat tego, co się tutaj dzieje na drogach. Temat bardzo ciekawy, a momentami porażający z punktu widzenia kogoś, kto uczył się i jeździł po drogach w raczej cywilizowanych krajach.

Laos przeżywa teraz istny boom komunikacyjny (i nie tylko komunikacyjny zresztą), samochodów przybywa w zastraszającym tempie, w ciągu ostatnich trzech lat ilość aut w Vientiane zwiększyła się chyba dwukrotnie... Są to nowe auta, w przeważającej mierze wielkie pick-upy czy SUV-y Toyoty czy Forda z napędem na 4 koła, co przy stanie tutejszych dróg jest jedynym rozsądnym wyjściem. Jazda "na pace" jest tutaj normą. Dorośli, dzieci, no problem...


Drugą olbrzymią grupę użytkowników dróg stanowią skutery. To pojazd dla mas pracujących i młodzieży. To, co oni wyprawiają na tych skuterach budzi czasem dreszcz przerażenia. Najgorsze jest to, że jeżdżą na nich z maleńkimi dziećmi, często niemowlakami, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Trzymają po prostu takie maleństwo przed sobą jedną ręką, a drugą kierują. Albo rodzice po brzegach a w środku dziecko, lub też dzieci. Cała rodzina potrafi się zmieścić na jednym skuterze. Rekord jaki widzieliśmy to 5 (słownie pięć) osób! No i na tych skuterach to oni czują się tak, jakby cała droga należała do nich. Jeżdżenie pod prąd (auta czasem też to robią), skręcanie z prawej strony pasa w lewo i odwrotnie tuż przed maską samochodu, wyjeżdżanie z podporządkowanej tuż przed samochodem bez patrzenia, czy coś jedzie, czy droga wolna... Wpychają się w każdą szczelinę pomiędzy samochodami, byle do przodu. Robią, co chcą, licząc, że zawsze się zmieszczą. Nie zawsze uchodzi im to bezkarnie, co parę dni widzę jakiś wypadek ze skuterem w roli głównej.



Dziewczyny jako pasażer mają zwyczaj jeździć na amazonkę, czyli trzymając obie nogi z jednej strony, Ola bardzo trafnie nazwała ten styl jazdy "na Kopciuszka", ponieważ klapek na tej wiszącej nodze dynda im zazwyczaj na końcu dużego palca jakby zaraz miały go zgubić. Co też dzieje się chyba często sądząc po ilości klapków leżących na poboczach...




Dzieci za kierownicą skutera to norma, najmłodsze jakie widzieliśmy miało chyba z 7 lat, a jak Ola poszła do szkoły, okazało się, że jej koledzy i koleżanki równolatki ale też młodsi jeżdżą do szkoły... samochodami. Co Wy na to? Wsiada taka brygada rozchichotanych 12-latek do auta i jazda. To wszystko nie jest legalne, ale panuje powszechne przyzwolenie na tego typu praktyki. W tej sytuacji dobrze, że drogi w większości są tak dziurawe, że nie ma mowy o rozwinięciu dużych prędkości.

No i są jeszcze tuk-tuki, takie tutejsze zawalidrogi załadowane czasem niemiłosiernie pasażerami. Są mniejsze, napędzane motorem z miejscem dla 4-6 osób i większe, samochodowe, z miejscem na nieskończoną ilość osób i towarów ;)



Tak więc generalnie panuje tu jedna zasada  - brak zasad, co czyni codzienną jazdę bardzo ekscytującą.
Są oczywiście znaki drogowe, światła ale kto by się takimi drobiazgami przejmował. Czerwone światło na skrzyżowaniu to powód do zwolnienia, żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie.
Ronda to odrębna historia. Na każdym panują inne zasady, a właściwie ich brak, bo mimo znaków pierwszeństwa dla pojazdów na rondzie, te zatrzymują się i wpuszczają na rondo... albo i nie... Trzeba więc mieć oczy szeroko otwarte i dopasowywać się do trendu akurat panującego ;)
Ale z drugiej strony kierowcy tu bardzo chętnie zatrzymują się i wpuszczają tych wjeżdżających z podporządkowanej drogi.

Styl jazdy tutaj nazwałabym więc bardzo intuicyjnym.

czwartek, 3 września 2015

Tymczasem w przedszkolu..

Misia zaczęła zostawać na cały dzień :)
Je obiadek, po którym jest czas na drzemkę, ale Mimi nie za bardzo potrafi spać w otoczeniu innych dzieci albo to dla niej za wcześnie, w każdym razie nie śpi tylko bawi się z innymi nieśpiochami. Potem niestety zasypia mi w aucie w drodze po Olę.

Po 14 kiedy wszyscy już są na nogach jest czas na popołudniową przekąskę, owoce, mleko itp. Potem jest lekcja laotańskiego i od 15.30 dzieci są znów w ogrodzie, skąd można je już odbierać.

W środy po południu jeżdżą na basen w klubie sportowym niedaleko przedszkola. Jadą takim długim tuk-tukiem, co samo w sobie jest dużą atrakcją. W tym tygodniu Mimi pierwszy raz też pojechała a ja z nią, żeby to zobaczyć i wszystko jej wytłumaczyć.
Dzieci przebierają się w kostiumy kąpielowe w przedszkolu (ach ten klimat..), zabierają torby z ręcznikami i ubraniami na zmianę, zajeżdża tuk-tuk i po 5-cio minutowej przejażdżce już są na miejscu. A tam w basenie już czekała instruktorka pływania, przemiła Szwajcarka. Najpierw są gry i zabawy w płytkim baseniku, a potem dla chętnych skoki na głębszą wodę, przepływki z nauczycielem itp. Chłopcy szaleją, skoczą bez oporów na głęboką dla nich wodę, oczywiście nauczyciel stoi tuż tuż i w razie czego wyławia delikwenta. Dziewczynki są ostrożniejsze, skaczą za rączki albo na rączki ;)


W piątki zajęcia są tylko do 12 i jest to taki luźniejszy dzień (brzmi nieźle w kontekście przedszkolaków) bez mundurków, jeśli ktoś ma urodziny w danym tygodniu to właśnie w piątek są obchodzone, prócz tego jest yoga, gotowanie i inne przyjemności..

Mimi upodobała sobie panią dyrektor, jak przychodzimy rano od razu idziemy do niej i Misia czuje się chyba wtedy dobrze zaopiekowana więc ja mogę się oddalić ;)

Witaj szkoło!

A oto nasze dwie dzielne uczennice w strojach służbowych :)



Ola rozpoczęła rok szkolny tak jak u nas, pierwszego września o 8.00.  Codziennie ma zajęcia do 16 z 50 min. przerwą na lunch. Lekcja trwa 60 min, przerwa 15.
Była trochę zestresowana idąc do szkoły pierwszego dnia, ale teraz ma już parę koleżanek i okazuje się, że nie taki diabeł straszny.


Jest to międzynarodowa szkoła, jedna z kilku w Vientiane, cieszy się dobrą opinią, realizują program w oparciu o podręczniki Cambridge. Językiem wykładowym jest oczywiście angielski (jako język dodatkowy Ola wybrała chiński). Jeszcze w sierpniu musiała napisać test językowy, pozwalający ocenić czy może iść do regularnej siódmej klasy, czy też do klasy przygotowawczej, w której dzieci uczą się głównie angielskiego. Na szczęście została zakwalifikowana do zwykłej i jest teraz uczennicą klasy VII B.



Uczniowie to głównie Azjaci,  przeważają Koreańczycy (południowi oczywiście),  Filipińczycy no i Laotańczycy.
Ola ma jednego Niemca w klasie,  a tak w ogóle, to jest jedyną blondynką w... szkole :)
Każda klasa ma swoją salę, przed którą wisi spis uczniów danej klasy. Obowiązują nick names, czyli przezwiska,  dzieci podają jak nauczyciele i inni uczniowie mają się do nich zwracać, co jest dosyć zabawne. W klasie Oli, ups, przepraszam, Alexy,
Boss, Cadet, Kung King, Noon, no i Love to najbardziej smakowite kąski ;)

Szkoła jest duża, mieści się w dwóch budynkach trochę od siebie oddalonych i jest w trakcie budowy nowej siedziby. Starszaki, do których zalicza się też Ola , czyli klasy od 7 wzwyż, siedzą w mniej reprezentacyjnym budynku przy bocznej drodze.


Pierwszego zaskoczyły nas monstrualne korki. Tego się nie spodziewałam.. Od 7.30 do 8.00 nie da się normalnie jeździć po mieście tam, gdzie mieszczą się szkoły międzynarodowe. Większość leży blisko siebie, w tzw. dzielnicy dyplomatycznej - znajdują się tu też ambasady i siedziby firm międzynarodowych. Wszędzie wąskie uliczki, często okrutnie dziurawe, absolutnie nieprzystosowane do takiego ruchu. Komunikacja w tym mieście to temat na odrębny post. Po Olę co rano przyjeżdża szkolny bus, więc żeby uniknąć korków jest pod domem już o 7.15. Kiedy rozmawiałam z panią w sekretariacie na ten temat powiedziała, że to dobrze, że dzieci przyjeżdżają do szkoły tak wcześnie, są zwykle już o 7.30, mają czas żeby zrelaksować się przed nauką, zjeść śniadanie (kuchnia na powietrzu jest czynna już od siódmej) i odpocząć. I tu generalnie mają takie podejście do życia, wszystko jest powoli, spokojnie, bez pośpiechu. Chyba wszędzie w tym klimacie ludzie działają tak na zwolnionych obrotach. I trzeba się do tego przyzwyczaić... ;)

środa, 26 sierpnia 2015

Mega bonsai

Przy drodze do naszego domu mieści się sklep ogrodniczy. Drzewa, które widać z drogi wyglądają kosmicznie przez kształt, który im nadano, jak przerośnięte drzewka bonsai, przynajmniej nam tak się kojarzą ;)


W końcu zatrzymaliśmy się tam niedawno, żeby z bliska zobaczyć co to jest. Są to przycinane i formowane z pomocą drucików drzewa, nie wiem jaki to gatunek, nie znam się na tym, ale prezentują się bardzo malowniczo, prawda?


Prócz tych drzew w sprzedaży są wielkie palmy i inna egzotyczna roślinność, aż szkoda, że w Polsce jest za zimno na taki ogród, a gdyby nawet, to jak to przewieźć?


Laotańczycy uwielbiają rośliny doniczkowe, w ogrodach mimo bujnej roślinności wyrastającej wprost z ziemi stoją zawsze dodatkowo rośliny w donicach, często są to całkiem spore drzewa w olbrzymich doniczkach.
My też zakupiliśmy dwie roślinki, w tym jedno drzewko bardziej w rozmiarach faktycznego bonsai, to chyba fikus. Zobaczymy co z niego wyrośnie :)


wtorek, 25 sierpnia 2015

Masaż po laotańsku

Wiele razy mijałam tę tablicę, obiecując sobie, że zajrzę tam któregoś dnia, aż w końcu nadeszła okazja, byłam sama i stwierdziłam, że wjadę w tę boczną uliczkę i zobaczę co się za tym kryje.


Jak dotąd w Laosie byłam jedynie na masażu stóp, w centrum co rusz można się natknąć na salony masażu z rzędami foteli do masażu stóp a w głębi materacami do masażu całościowego. W całym tym rejonie Azji masaż jest bardzo powszechnym sposobem dbania o ciało. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za jakimś fajnym miejscem z masażami i innymi zabiegami, jakże niezbędnymi dla kobiecego ciała i duszy ;) No więc skręciłam do Manee Spa i odnalazłam swoje miejsce :)
Tego właśnie szukałam. Zaciszne, kameralne spa w tradycyjnym stylu, leżące w pięknym ogrodzie.

Poprosiłam o menu i niewiele się zastanawiając wybrałam na początek godzinny Lao Traditional Body Massage. Miła pani zaprowadziła mnie do salki z trzema niskim leżankami, przyciemnionym światłem i muzyką szemrzącą w tle. Przebrałam się w luźną bluzę i bardzo szerokie zawiązywane w pasie spodnie z grubo tkanej bawełny, położyłam się na plecach i ta malutka miła pani wzięła mnie w obroty. Zaczęła od stóp, przez nogi, ręce, kark i głowę, potem gdy leżałam na brzuchu plecy, pośladki i znów nogi. Laotański masaż jest właściwie  pół masażem, pół strechingiem, czyli rozciąganiem. To co ona robiła z moimi nogami naciągając, wyciągając i przeciągając je we wszystkich możliwych kierunkach budziło momentami mój śmiech a momentami strach. Czułam wszystkie stawy, mięśnie i ścięgna jakie posiadam. A używała do tego nie tylko rąk ale też nóg. Śmiem twierdzić, że jeśli regularnie będę chodzić tu na masaż to wkrótce będę potrafiła zrobić szpagat ;) Zakończyła dreptając po mnie swymi małymi stópkami... 
Po wszystkim czułam się jak nowonarodzona, na koniec zostałam jeszcze poczęstowana herbatką i owocami. Bajka :)

Mam w planie wpadać tu rano po odstawieniu Misi do przedszkola. Tak było zresztą i tym razem, Mimi została pierwszy raz sama na trzy godziny, Ola zdecydowała, że chce spędzić pół dnia z tatą w pracy, a ja, zostawiwszy płaczące dziecko w obcych rękach nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mijając znowu Manee Spa zdecydowałam - pojadę się odstresować i tak też zrobiłam :)
Jak odebrałam Misię okazało się, że niepotrzebnie się stresowałam, pochlipała przez dziesięć minut zagryzając łzy przekąską i włączyła się do zabawy :) Przyjechałam pod przedszkole wcześniej, czając się za zamkniętą bramą, żeby zobaczyć ją, jak będzie wracać z ogrodu, czy nie płacze albo jakaś krzywda się jej nie dzieje ale maszerowała trzymając panią za rękę jak gdyby nigdy nic. Ulżyło mi, bo siedząc z nią te parę razy widziałam jak dzieci ( głównie chłopcy :o) potrafią długo płakać za rodzicami. Potem powiedziała, że było fajnie tylko troszkę popłakała na początku. Ale że chce chodzić dalej do szkoły dla małych dzieci :)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Poszła Misia do przedszkola

Tak, tak, nadszedł ten czas, naszemu Maleństwu niedługo stuknie trójeczka, wiec nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poszło do przedszkola i zaznało życia towarzyskiego wśród internacjonalnych równolatków ;) A przy okazji nauczyło się paru rzeczy, jak choćby języka angielskiego. Przedszkole znalazłam właściwie przypadkiem, znajduje się bardzo blisko firmy Łukasza, wiec mijając je parę razy, w końcu zdecydowałam przyjrzeć się sprawie bliżej.
Jest to przedszkole prowadzone w systemie Montessori, (czyli tak w skrócie - nauka i praca przez zabawę, w zgodzie z indywidualnymi możliwościami i potrzebami dziecka) rok szkolny zaczął się w nim już w drugim tygodniu sierpnia, my wybrałyśmy się z wizytą na rozpoznanie terenu jeszcze przed rozpoczęciem zajęć. Energiczna pani dyrektor, Laotanka, oprowadzila nas po budynku, pokazala sale i ogród z placem zabaw, po którym jeszcze zamiast dzieci grasowaly trzy króliki... :) Mimi była zachwycona. Ogrod duzy i zacieniony, co ważne w tym klimacie, sale przestronne, spodobało sie nam. Wcześniej byłyśmy jeszcze w innym przedszkolu, tez niby międzynarodowym, ale warunki byly bez porównania gorsze, dzieci - same czarne główki a obsługa ledwo mówila po angielsku... Tak wiec decyzja zapadla szybko. 



Zdecydowaliśmy, ze w sierpniu przejdziemy się parę razy na pół dnia, żeby Misię oswoić z nową sytuacją, a od września obie uczennice zaczną już regularną szkołę.

Dzieci schodzą się miedzy 8 a 9 i do 9.30 jest czas wolnych zajęć wedle indywidualnych zainteresowań, wszystkie dzieci mogą się miksować we wszystkich salach i bawić razem bez podziału na grupy wiekowe. Są trzy grupy, zwane tu z włoska (bo twórczyni tego systemu szkół była Włoszką) casa - czyli dom. Mimi należy więc do Casa1, w której są maluchy 2,5-3,5 letnie. 

Na zdjęciu Mimi w swoim szkolnym stroju, w którym dzieci chodzą od poniedziałku do czwartku, w piątki jest luźny dzień bez uniformów i przedszkole działa tylko do 12. Na strój składa się biały 
t- shirt, szorty, spódniczka albo spodnie w biało granatowa krateczkę. 


Potem nadchodzi snack time, czyli czas na przekąskę, którą dzieci przynoszą z domu. 


Na przekąskę dzieci rozchodzą się do swoich małych salek, grupa pierwsza ma dwie salki, w której siedzi po kilkoro maluchów przy wspólnym stoliczku. Wyciągąją swoje pudełka i się zaczyna... Miałam mnóstwo zabawy patrząc, jak jedzą, niektóre rzucają się ja jedzenie, brudząc się niemiłosiernie, inne coś tam skubią nieśmiało, dwóch największych grupowych łobuziaków przepycha się miedzy sobą. Mimi zwykle ma kartonik czekoladowego mleka, owoca i krakersy. 

Generalnie panuje zasada, że dzieci mają jak najwięcej robić same, otwierać i zamykać pudełka, odkręcać i zakręcać napoje, a nade wszystko utrzymywać porządek. Po jedzeniu dzieci wyrzucają resztki do kosza i zamykają swoje snack boxy a potem odkładają je w jedno miejsce. Tak samo podczas zabawy, nauczyciele pilnują bardzo,  żeby po zabawie wszystko było odkładane przez dzieci na miejsce.
Po jedzeniu i umyciu rąk nadchodzi czas na krótką lekcję o jakiejś literce połączoną z czynnością manualną typu rysowanie czy wyklejanie tej literki właśnie, oraz czytanie. 

Tu Mimi na zdjęciu z panią dyr. Adą, która ma zajęcia z Casa 1.


 Pierwszego dnia, gdy Ola była też podczas tych zajęć i część dzieci skończyła już jeść i czekała na pozostałe, jeden z chłopców (tych rozrabiaków) poprosił ją, żeby mu przeczytała książeczkę. Ola zaczęła czytać gromadząc przy sobie grupkę słuchaczy. Nadaje się na przedszkolankę, dzieci do niej lgną ;)


Potem jest wyjście do ogrodu i godzinna zabawa na powietrzu, pod okiem paru nauczycieli. Jest piaskownica, różne wspinaczki, huśtawki na dętkach, wiec Misia jest zadowolona, nie nudzi się. Generalnie podoba się jej w  "szkole dla małych dzieci" jak nazywa przedszkole, pod warunkiem, że mama jest gdzieś w polu widzenia. Ale mówi, ze zostanie niedługo sama na jakiś czas.. Zobaczymy jak to będzie ;) Zaczęła pytać dlaczego tu tak dziwnie mówią, że ona nie rozumie.. Tłumaczymy, że musi się nauczyć tego innego sposobu mówienia i będzie mogła rozmawiać. Jest śmiesznie bo te maluchy w sumie nie mówią jeszcze za dobrze, porozumiewają się pojedynczymi słowami i gestami pomiędzy sobą i z nauczycielami ale większość rozumie lepiej lub gorzej po angielsku lub francusku. 

Po godzinnej zabawie, myciu nóg, rąk, szukaniu butów, w końcu wracają do środka na półgodzinne Music circle, zajęcia muzyczne w kółeczku z gitarą, śpiewaniem i różnymi muzycznymi zabawami. 

Potem o 12 jest lunch i godzinna drzemka dla maluchów, ale Misia jeszcze nie została na tej popołudniowej części zajęć, wszystkie razem idziemy wtedy na lunch. Tak wiec c.d.n ;)


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Tajlandia po sąsiedzku

W niedzielę wybraliśmy się na zakupy do Tajlandii. Przede wszystkim potrzebowałam rozejrzeć się za szkłami kontaktowymi, bo tutaj kiepściutko z takim zaopatrzeniem, prócz tego kończą się kaszki, które Misia wcina na kolacje, i też niczego podobnego nie mogę znaleźć. Ok. 50 km od granicy leży stolica prowincji Udon Thani, w którym to mieście o tej samej nazwie, na pierwszy rzut oka zresztą wielkości Ventian, (a więc stolicy kraju!), mieszczą się trzy galerie handlowe i inne markety jak choćby Tesco.

Najbliższe przejście graniczne znajduje się tuż za Vientian, przy "Moście przyjaźni laotańsko-tajskiej" nad Mekongiem. Za mostem już Tajlandia.

Okazało się, że niedziela to nie jest najlepszy czas na taką wycieczkę, na granicy tłumy ludzi biegających we wszystkich kierunkach, a my nic nie wiemy, gdzie pójść po jaką pieczątkę i papier, do której budki z paszportem a do której z dokumentami auta. Łukasz przekraczał już wcześniej granicę, ale w innym miejscu na południu kraju, co jak się okazało było dużo prostsze.
Stanęliśmy w pierwszej kolejce, a tu dowiadujemy się, że to kolejka dla pieszych.. Mieliśmy szczęście, że natknęliśmy się na znajomego Francuza, właściciela knajpki, do której lubimy chodzić i on szybko opowiedział nam co i jak. Sam jechał na targ do najbliższego miasteczka za granicą, kupić zaopatrzenie do restauracji, bo w Tajlandii taniej.
Po zaliczeniu pieczątek z kilku budek po stronie Laosu przejechaliśmy most i cała procedura zaczęła się od nowa po stronie tajskiej.. Wszystko na upale, z poganiaczem niewolników w postaci męża mego Łukasza, ja z Mimi na rękach czułam się jak w tłumie uchodźców w Afryce.. ;)

Za granicą niby to samo ale świat taki jakby bardziej uporządkowany, drogi i ich oznaczenia lepsze. No cóż, widać przewagę królestwa nad komuną. W centrum handlowym mogliśmy się znów poczuć jak Polacy w latach 80-tych na zakupach w Berlinie ;)) Zwłaszcza w sklepie spożywczym na dziale owoców i ryb. Towary pięknie wyeksponowane, ozdobione, czysto i schludnie. Kontrast duży w stosunku do targowisk laotańskich na świeżym powietrzu, do których już się zdążyliśmy przyzwyczaić.  Nawet w Polsce tak ładnie to nie wygląda.. A może nie jest tak egzotycznie po prostu? Sama nie wiem..

Odwiedziliśmy dwie największe galerie, druga specyficzna, bo bez dachu, na powietrzu, na sporym terenie mieści się takie zakupowe miasteczko. Nie wiem, czy to dobry pomysł w tym klimacie.. Może wieczorem jest przyjemniej, ale jak świeci słońce to takie zakupy zbyt męczą.

I my byliśmy zbyt zmęczeni na zwiedzanie miasta, które zresztą z niczego nie słynie, więc zwinęliśmy się do domu, z postojem po drodze spowodowanym przejazdem jakiegoś peletonu kolarzy. Na szczęście po południu obie granice były znacznie luźniejsze i szybko byliśmy spowrotem.

Na kolację poszliśmy do Francuza, pogadaliśmy jeszcze trochę o sprawach granicznych i już jesteśmy mądrzejsi na przyszłość ;)


Na zdjęciu widać, że knajpka pełna, jak przyszliśmy to wszystkie stoliki były zajęte, ale właściciel zaproponował nam dostawienie nowego stolika :) Potem dostawił jeszcze dwa, wszystkie na chodniku przed restauracja. Powiedział, że to jeszcze nic, w szczycie sezonu tj. w styczniu cały chodnik jest zajęty przez jego stoliki i nie przyjmuje rezerwacji. Nic tylko otwierać tu restaurację. Ma tu na przykład pyszna pizze z pieca.. Asia, może Pommodorino Laos? Sukces murowany :)